Ponieważ zależało nam aby nasza podróż zmieściła się w zaplanowanym przez nas budżecie (około 6.000 zł), wylot z Europy zaplanowałyśmy z Hiszpanii (a dokładnie z Madrytu) kolumbijskimi liniami lotniczymi – Avianca. Generalnie podróż upłynęła nam bardzo miło na oglądaniu filmów (pod tym względem Avianca nie odstaje od innych linii lotniczych). Dopiero po wylądowaniu w Bogocie (w Kolumbii) zaniepokoił nas mały incydent – silnik naszego samolotu zgasł i pilot nie mógł go na nowo uruchomić aby podjechać bliżej hali przylotów…. Ostatecznie jednak wszystko dobrze się skończyło i po krótkim transferze w Bogocie doleciałyśmy do Limy, stolicy Peru. Tam czekał na nas już Todd, który doleciał do nas ze Stanów.
W pierwszej kolejności postanowiliśmy zwiedzić południową, najbardziej turystyczną część Peru, zaczynając od Cuzco - starożytnego miasta Inków. Aby oszczędzić na czasie, zdecydowaliśmy się na podróż samolotem (z Limy do Cuzco można dojechać również autokarem, ale wtedy podróż trwa około 24h zamiast 2h; długa podróż ma jednak swoje plusy, gdyż wtedy lepiej przebiega aklimatyzacja do dużych wysokości i uniknie się krwawienia z nosa). Nasz pierwotny samolot przegapiliśmy, gdyż nie zauważyliśmy że numer naszego gate’u zmienił się na tablicy lotów (to ponoć często ma miejsce, więc lepiej stać do końca pod tablicą). Całe szczęście samoloty do Cuzco latają prawie co godzinę! Bilety lepiej jednak nabyć wcześniej (np. na http://www.lan.com/), gdyż jak to zwykle bywa, im bliżej wylotu tym drożej. My nabyliśmy je jeszcze przed wylotem z Europy.
Po wylądowaniu udaliśmy się do hostelu (wybór z listy przewodnika Lonely Planet) a potem na zwiedzanie miasta. To naprawdę przeurocze miejsce, z wąskimi brukowanymi uliczkami, malowniczymi domkami oraz ruinami inkaskich zabudowań. We wrześniu nie ma tam aż tak wielu turystów, więc pokoi w hostelach nie trzeba wcześniej rezerwować – wystarczy się zjawić. Ważna informacja – w Cuzco (i co do zasady na całym południu) większość obsługi hosteli i restauracji mówi (łamaną) angielszczyzną, więc nie należy się obawiać, że bez znajomości hiszpańskiego nie da się podróżować na własną rękę (ja jestem przykładem tego, że się da).
Do innych atrakcji jakie na nas czekały w Cuzco należy dodać strajk spowodowany wysokimi cenami paliwa (ale strajki w Ameryce Południowej to prawie codzienność – obserwowaliśmy je również w innych regionach). Polecam też spróbowanie właśnie tutaj specjału kuchni peruwiańskiej – pieczonej świnki morskiej. Można znaleźć miejsca w których danie to można zamówić w całkiem przystępnej cenie (około 35 soli). Niestety, danie to smakuje dokładnie tak jak wygląda – nie za dobrze (świnka podawana jest w jednym kawałku i jest ozdobiona kilkoma liśćmi sałaty). Jedynie Kasi udało się zjeść całość; ja i Todd zrezygnowaliśmy po kilku kęsach. Wyrzuty sumienia spowodowane opowieściami Kasi o jej śwince morskiej z dzieciństwa – Rambo, musieliśmy utopić w kieliszku lokalnej specjalności, Cuzco Souer.
W dalszej kolejności chcieliśmy pojechać do Machu Picchu. Aby uniknąć tłumów turystów, którzy najczęściej jadą tam porannym pociągiem z Cuzco (5 godzin jazdy, pociąg dojeżdża na miejsce koło południa), w wieczór poprzedzający nasz wypad do Machu Picchu udaliśmy się do małej miejscowości Ollantaytambo (koło dworca autobusowego znaleźliśmy kierowcę busika, który zgodził się nas tam zabrać za 75soli, czyli po 25 na głowę). Zabraliśmy ze sobą rzeczy tylko na jeden dzień, duże plecaki przechowaliśmy w naszym hostelu w Cuzco. W Ollantaytambo również znajdują się (nieco mniej znane) inkaskie ruiny, które warto zwiedzić. Stamtąd następnego dnia ok. 6 rano ruszyliśmy pociągiem do Machu Picchu (bilety na pociąg nabyliśmy jednak wcześniej w Cuzco – w dwie strony to cena około 130 US$, cena zależy od klasy pociągu jednak najtańszych biletów dla backpackerów jest naprawdę mało i lepiej się spieszyć z ich zakupem). Na miejscu byliśmy koło 9, więc było w miarę bezludnie. Co tu dużo mówić, to starożytne miasto Inków jest tak piękne (albo i nawet piękniejsze) jak na wszystkich publikowanych zdjęciach!Z Machu Picchu wracaliśmy już bezpośrednio do Cuzco. Pociągi powrotne odjeżdżają koło 16 – 17 godziny. Warto jednak przed odjazdem pociągu zwiedzić targ koło stacji kolejowej. Pomimo iż to najbardziej turystyczne miejsce w Peru, pamiątki na tym targu są tańsze niż w innych regionach kraju.
Po powrocie do Cuzco, oczarowani tym miejscem spędziliśmy tam jeszcze jeden dzień. W tym czasie zwiedziliśmy katedrę na placu de Armas (naprawdę polecam z audio-przewodnikiem!) oraz kilka wymienionych w Lonely Planet muzeów. Dopiero na noc kolejnego dnia ruszyliśmy autokarem do Puno.
Jeśli chodzi o transport w Peru, to zdecydowanie wygrywają połączenia autokarowe. Są tanie (od 5US$ do 30US$ w autokarach klasy de Lux) i bardzo rozwinięte. W centrum każdego miasta znajduje się dworzec autokarowy a na nim spora liczba firm przewoźniczych. Sprzedawcy biletów przekrzykują się w ofercie połączeń i oferowanych cen. Tym którzy wolą jazdę w czystości i bez co kilkuminutowych przystanków w celu zabrania nowych pasażerów / wpuszczenia do autokaru sprzedawców warzyw, owoców, i wszystkiego innego co da się sprzedaż – polecam wybór połączeń oznaczonych nazwą „VIP”, „de Lux”, „Gold”, itp. Połączenia te są nieco droższe ale naprawdę dużo bardziej komfortowe (m.in. autokary firmy Cruz del Sur). Należy również pamiętać o konieczności płacenia podatku w wysokości około 1 US$ przy wyjeździe z każdego miasta.
A wracając do naszej podróży… Miasto Puno nie należy do najciekawszych, ale to właśnie stamtąd można udać się łodzią na nieodległe wyspy na jeziorze Tititaca. Wszystkie łodzie wypływają bardzo wcześnie więc lepiej nie zaspać! Informacje na ten temat są jednak zawsze dostępne w hostelach. My popłynęliśmy jedynie na wyspę Taquile.
Zdążyłyśmy się zadomowić i poznać masę miejscowych osób a tu trzeba było ruszać dalej, do granicy peruwiańsko – ekwadorskiej. Granicę przekroczyłyśmy w mieście Tumbes. Punkt graniczny natomiast mieści się parędziesiąt km dalej, na środku pustyni! Dopiero na tym etapie pożałowałyśmy słabej znajomości języka hiszpańskiego (tzn. słabej u Kasi, bo moja znajomość jest zerowa). W skrócie – dałyśmy się naciągnąć miejscowym, którzy wmówili nam, że autobus złapiemy dopiero za granicą a nie przed i w związku z tym oni pomogą nam przekroczyć granicę i dowiozą nas na dworzec autobusowy po stronie ekwadorskiej. Oczywiście nie za darmo. Echhhh… szkoda gadać! Mamy nauczkę na przyszłość. Jak już dotarłyśmy do dworca kolejowego, to ruszyłyśmy w stronę największego miasta Ekwadoru – Guayaquil. Tam mieszkał mój znajomy Jose wraz z żoną, u którego mogłyśmy się zatrzymać na kolejne dwa dni. Guayaquil to miasto portowe, naprawdę ciekawe (i bogate w odróżnieniu od innych ekwadorskich miast). Co ciekawe, niewielu turystów tu dojeżdża. Z tego też powodu budziłyśmy zainteresowanie wielu mieszkańców Guayaquil. Będąc już na miejscu koniecznie trzeba przejść się wzdłuż wybrzeża po promenadzie Malecon 2000, wstąpić do parku w centrum miasta, w którym można zobaczyć stado (!) iguan, oraz wspiąć się po ponad 400 schodach do latarni morskiej, z której można podziwiać panoramę miasta. Obok latarni znajduje się również bardzo malowniczy kościółek.

Z Guayaquil udałyśmy się do małego miasteczka Cuanca, które przypominało nieco swoją zabudową znane nam już Cuzco. Tam natknęłyśmy się na kolejnych strajkujących, tym jednak razem nie udało nam się ustalić powodu strajku. Miasteczko to jest naprawdę małe więc spędziłyśmy tam tylko jeden dzień spacerując brukowanymi uliczkami, podziwiając malownicze kamieniczki oraz liczne kościoły.
Kolejnym etapem naszej podróży było miasteczko Banos. Miasteczko to leży w górach i słynie z licznych atrakcji czekających na turystów. Banos jest stałym elementem na trasie backpackerów podróżujących po Ekwadorze, więc i my też zatrzymałyśmy się w nim na dwa dni (w hostelu Hospedaje Santa Cruz). W trakcie pobytu wypożyczyłyśmy rowery aby zwiedzić okolicę, a w szczególności liczne w tym regionie wodospady. Jak się okazało trasa z miasteczka w stronę dżungli w większości była z górki tak więc problemy zaczęłyśmy mieć dopiero w momencie planowania powrotu. Tu na szczęście nie zawiedli przyjaźni Ekwadorczycy, którzy podwieźli nas i nasze wypożyczone rowery na bagażniku swojego pick’upa mając z nas niezły ubaw! Wieczorem wybrałyśmy się również z większą ekipą na oglądanie okolicznego wulkanu. Niestety, zła widoczność nie pozwoliła nam nic dojrzeć. Z tego też powodu z ekipą „wulkaniczną” udałyśmy się na piwo i „Bob Marley’s” shots.
Z Banos pojechałyśmy już prosto do Quito, stolicy Ekwadoru. Miasto to zasadniczo dzieli się na dwie części: starą, zabytkową część (tzw. Old Town) gdzie można zwiedzić liczne kościoły, place, itp. oraz nową część (tzw. New Town) gdzie mieszczą się nowe (w europejskim stylu) knajpki, restauracyjki no i kluby nocne. Dzięki znajomemu Jose - Juanowi poznałyśmy najciekawsze miejsca obu części Quito. Niestety, w Quito mogłyśmy zostać już tylko dwa dni. Stamtąd był nasz wylot do Bogoty oraz – później - Madrytu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz