środa, 15 kwietnia 2009

Hong Kong (październik 2008)

Jeśli chodzi o moją wyprawę do Hong Kongu, to różniła się ona od innych podróży tym….. że została przeze mnie odbyta w ramach szkolenia. Z tego też powodu cała podróż nie wymagała ode mnie zbyt wielu przygotowań (tj. zarówno o bilet jak i rezerwację hotelu zadbał mój pracodawca). Pomimo wszystko, jako że większość czasu spędziłam prywatnie na zwiedzaniu Hong Kongu oraz okolicznych wysp (a nie na szkoleniu) to umieszczam ten opis wśród innych na moim blogu.

Do Hong Kongu wybraliśmy się w czwórkę - ja oraz moich trzech kolegów z pracy (ze względu na powagę wykonywanego przez nich zawodu, obiecałam nie wymieniać tym razem imion:). Lecieliśmy z Warszawy przez Helsinki, gdzie czekał nas pierwszy postój. Ponieważ trwał on aż 5 godzin, to demokratycznie postanowiliśmy spędzić ten czas w nieco ciekawszym miejscu niż hala odlotów – wybór padł na ‘the oak barrel pub’.

Sam lot do Hong Kongu trwał niecałe 10 godzin, które w dużej części przespałam (tak skończył się dla mnie nasz pobyt w dębowej beczce). Moi koledzy byli nieco bardziej wytrwali i postanowili nie marnować 10 godzin lotu – dlatego zaadoptowali tylną część samolotu jako mini bar (co im się nawet na kilka godzin udało, do momentu nadejścia stewardes, które uznały, że chłopcy zużyli za dużo cytryn do swoich drinków).

Przylecieliśmy nad ranem miejscowego czasu, więc od razu ruszyliśmy na miasto (przez co rozumiem centralną część wyspy Hong Kong). Nasz hotel znajdował się niedaleko centrum, więc zwiedzanie zaplanowaliśmy na pieszo. Cała wyspa Hong Kong (a więc również central district) jest niesamowicie górzysta. Trochę nas to martwiło, głównie ze względu na czekającą nas w drodze powrotnej wspinaczkę. Ale tu spotkało nas bardzo miłe zaskoczenie – Hong Kong to nie Polska, więc mieszkańcom wyspy ułatwiono życie poprzez umieszczenie gigantycznych ruchomych schodów, które zabierają mieszkańców centralnej części do wyżej położonych domów (hoteli). Schody działają w określonych godzinach, mniej więcej od 8 rano do północy. Co więcej, rano schody prowadzą w dół do centrum, od południa zaś zmieniają bieg i jadą w górę. To było jedno z naszych najciekawszych odkryć (no i nie ukrywam że bardzo przydatne, gdyż oszczędzało nam dziennie około 30 min na wspinaczkę do naszego hotelu).

Kolejnym odkryciem był brak jakichkolwiek kafejek internetowych w Hong Kongu!!! Nie ukrywam, że głównym inicjatorem poszukiwań miejsca z komputerem i płatnym Internetem byłam właśnie ja. Na marne – po naszych pytaniach o kafejki internetowe zarówno sprzedawcy w okolicznych sklepach jak i obsługa naszego hotelu kiwali przecząco głowami (nie wspomnę że ze zdziwieniem). A zdziwieni mogli być, gdyż cały Hong Kong (a przynajmniej wyspa) objęty jest bezprzewodowym Internetem! Wystarczy wyjść na ulicę ze swoim komputerem i się połączyć (pomijając fakt, że w hotelu też można). Alternatywnie, mieszkańcy wyspy sprawdzają pocztę na swoich telefonach (nieco lepsze modele od tych, jakie widać u nas na ulicy). Ponieważ my nie zabraliśmy ze sobą komputerów, ostatecznie udało mi się sprawdzić pocztę dopiero na komputerze miejscowej siłowni (udostępnionym dla czekających na swoje zajęcia; pomimo że w nich nie uczestniczyłam to przez kolejne dni już tylko tam biegałam sprawdzić szybko maila).

Kolejnym zabawnym odkryciem był brak chodników w centralnej części miasta (przynajmniej takich chodników, do jakich my – Polacy przywykliśmy:). Przejścia dla pieszych szły zazwyczaj wzdłuż ulic, jednak nad ziemią, i przechodziły przez wszystkie kolejne centra handlowe (których naprawdę jest wiele!).
Pogoda w październiku jest wciąż letnia, jednak wilgotność jest dużo większa. Dlatego też po całodniowym chodzeniu po różnych dzielnicach byliśmy cali mokrzy. Jednocześnie, wszystkie zamknięte pomieszczenia (tj. hotele, biura, restauracje, nawet taxi są mocno klimatyzowane – stąd wszyscy wróciliśmy przeziębieni).

Centralna dzielnica to miejsce w którym mieszczą się wszystkie znane ze zdjęć i programów TV wieżowce. Są wybudowane tak blisko siebie, że nie przepuszczają na dół promieni słońca (pewnie z powodu tak wielkiego zagęszczenia budynków chodniki idą właśnie górą). W tej części miasta najczęściej można spotkać obcokrajowców (ex patów wysłanych na kontrakt do Hong Kongu), stąd też łatwo porozumieć się w sklepach i barach po angielsku. Dodatkowo, w centrum (nieprzypadkowo zapewne tuż obok najdłuższych na świecie schodów ruchomych) mieściła się dzielnica, o znanej nam skąd inąd nazwie SOHO. Nazwa dzielnicy nas nie zawiodła – to właśnie tam znajduje się największa liczba miejscowych oraz prowadzonych przez obcokrajowców barów i pubów. Tam też wychodzą na drinka wszyscy expaci i turyści. Naprawdę oryginalne miejsce – polecam. My w każdym razie niemal każdy wieczór kończyliśmy właśnie w Soho (najczęściej w małym, ulicznym barze, serwującym makaron i zimne, chińskie piwo). Nasz ulubiony uliczny bar znajdował się na głównej ulicy więc trudno go przegapić, a prowadzony jest przez przyjezdnego Nepalczyka – to właśnie dzięki niemu wiedzieliśmy co warto w Hong Kongu zobaczyć i gdzie pójść. Tam też odbyliśmy wiele ciekawych (i bardzo pouczających - zwłaszcza dla mnie!) rozmów. Tematów jednak na publicznym blogu nie wymienię…. No i poznaliśmy człowieka odpowiedzialnego za światowy kryzys finansowy hahaha (czyli niemieckiego maklera, który przez pół nocy przepraszał wszystkich za to, do czego on i jego koledzy doprowadzili…). To właśnie w Soho pozostawiliśmy większość $$ jakie ze sobą przywieźliśmy (niestety, jeśli chodzi o ceny tzw. napojów „wyskokowych” to są one w Hong Kongu naprawdę wysokie…. cena drinków waha się od 50 do 75 HK$!)

W kolejnym dniu wybraliśmy się na kontynent, do dzielnicy Kowloon. To właśnie tam zgodnie ze wskazówkami Lonely Planet miały znajdować się sklepy z tanim sprzętem elektronicznym. Niestety, sprzęt ten nie był jednak taki tani…. Dodatkowo w przypadku sprzętu za niższą cenę sprzedawca nie chciał wydać gwarancji (co budziło nasz niepokój, czy aby sprzęt ten jest na pewno oryginalny). Ostatecznie nic nie kupiliśmy:(

Promenada po stronie Kowloon (Tsim Sha Tsui East Promenade) to też najlepsze miejsce do obejrzenia zachwalanej przez wszystkie przewodniki symfonii świateł. Polega ona na tym, że wieczorem 20 najwyższych budynków w centralnej części wyspy zostaje podświetlonych i uruchamiane są lasery świetlne na ich dachach. Pokaz świateł trwa około 20min. Pomimo, że nie jest to nic specjalnego, to uważam że każdy powinien się na taki pokaz wybrać przynajmniej raz.

W dalszej części naszego pobytu zdążyliśmy jeszcze pojechać do Macau (teren dawnej kolonii portugalskiej, zwrócony Chinom w 1999 r.). Macau jest zupełnie inne niż Hong Kong – brak tu nowoczesnych wieżowców. Dla odmiany całe pokryte jest niską, kolonialną zabudową. Przechodząc ulicami można uwierzyć, że jest się gdzieś indziej, np. w Portugalii lub Hiszpanii. Jedynie targi uliczne i wystawiona na nich żywność przypominają, że jesteśmy w Azji. Obecnie Macau zwane jest azjatyckim las Vegas, gdyż wszyscy przyjeżdżają tam w jednym celu – dla gry w kasynach. My z tej przyjemności jednak zrezygnowaliśmy (wszyscy tego dnia odczuwali ogromną potrzebę snu).

W ostatni dzień przed szkoleniem wybraliśmy się jeszcze na pobliską wyspę Lantau. To był naprawdę dobry pomysł, żeby uciec na chwilę z gwarnego i zatłoczonego Hong Kongu…. Na wyspie mogliśmy zobaczyć m.in. buddyjską świątynię oraz gigantyczny wizerunek buddy. Na wyspę można dostać się zarówno łodzią (a właściwie promem) bądź też metrem! Tak, tu metro jest niesamowicie rozbudowane i dochodzi wszędzie. Do tego mapki komunikacyjne są bardzo przejrzyste i łatwo się nim poruszać.

Po 5 dniach zwiedzania ciężko było nam się przestawić na tryb całodniowego szkolenia. Jednak i tu mieliśmy dużo szczęścia, bo zajęcia były prowadzone w najwyższym budynku na wyspie, więc z okien rozciągał się naprawdę wyjątkowy widok!

Po tygodniu, trzeba było jednak wracać do Warszawy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz