wtorek, 9 czerwca 2009

Alaska - I'm going into the Wild...

Od kiedy pamiętam zawsze marzyłam o podróży na Alaskę. Tak więc gdy w końcu dysponowałam nieco dłuższym okresem wolnego czasu (tj. 1 miesiąca) i małymi oszczędnościami, postanowiłam zrealizować to marzenie!

Po raz pierwszy postanowiłam pojechać na Alaskę w okresie, w którym mogłam się spodziewać wciąż wysokich temperatur – czyli w sierpniu. Podróżni wybierający się na Alaskę najczęściej wybierają okres od maja do września, gdyż wtedy temperatura jest już dodatnia i potrafi dojść nawet do 20+ st. C. Jednak nawet w tym okresie zdarzają się przymrozki, zwłaszcza w nocy (mnie złapały pierwsze przymrozki już w połowie sierpnia!). Dzięki dobrej pogodzie, w okresie letnim można nocować właściwie wszędzie w namiocie, co naprawdę obniża koszty podróży (najtańsze hostele kosztują około 20 – 25$ za noc, gdzie nocowanie w namiocie to koszt rzędu 0 – 12$ w zależności gdzie się rozbijesz). Jedyny „problem” w tym, że latem też często pada…. więc lepiej zabrać ze sobą nie tylko śpiwór na wszystkie pory roku ale również dmuchaną karimatę i sprawdzony i nieprzemakalny namiot. Najlepiej dodać do tej listy jeszcze nieprzemakalne spodnie i kurtkę;) Te ostatnie przydadzą się zarówno w chodzeniu po górach jak i na łodzi podczas łowienia ryb, a na miejscu trzeba będzie na nie wydać min 75$! [http://www.sportsunlimitedinc.com/rain-gear-rain-coats.html]

Mój lot trwał chyba z 24h, bo żeby nie płacić za dużo wybrałam opcję z 3 przesiadkami… Tak częsta zmiana linii musiała skutkować zagubieniem bagażu! Całe szczęście w miarę szybko udało się ustalić gdzie zguba została – w Seattle;)

Zwiedzanie Alaski rozpoczęłam od południa, od małej miejscowości turystycznej o nazwie Seward. Ponieważ w Seward mieszka ogromna liczba rybaków, to jest to pierwsze miejsce w którym można się wybrać na łowienie ryb (osobiści odradzam bo drogo!). Stamtąd też można popłynąć statkiem na oglądanie potężnych lodowców, schodzących do wody. Warto pobyć nieco dłużej pod lodowcem i zobaczyć jak jego część się odłamuje i wpada z hukiem do wody, dzięki czemu wokoło wszędzie pływa kra (nawet w środku lata). Niektórzy na oglądanie lodowca wybierają się na kajakach (co na pewno stanowi jeszcze lepsze widowisko) ale to niestety jest dużo droższe od wycieczki łodzią (dla porównania, standardowa cena 1dniowej wycieczki na łodzi to koszt rzędu 115$ natomiast kajakiem około 500$!!).



Poza wycieczką łódką do Kenai Fjords National Park, Seward ma jeszcze wiele do zaoferowania. M.in. należy wybrać się na kilka wypraw górskich (polecam 7-godz. wyprawę do zagubionego alpejskiego jeziora!), wspinanie się po lodowcu (najlepsze!) czy samodzielne wynajęcia kajaków i popływanie wzdłuż wybrzeży parku.



Kolejnym miejscem które warto zobaczyć na południu jest miasteczko Homer. Cudo! Nigdzie indziej nie będziecie mogli spać na plaży i budzić się otoczeni górami pokrytymi śniegiem oraz masywnymi wulkanami;)) To wszystko można zobaczyć nocując na najbardziej znanej części miasta – the Spit. Poza przyrodą, główną atrakcją tego miejsca jest na pewno lokalny bar – Salty Dog! Jeśli nie macie za dużo $$ to musicie tam wpaść – kasa zdobi zarówno ściany jak i sufit tego miejsca (zresztą nie tylko – jak zabraknie wam bielizny, to też ją tam znajdziecie;) To też jest popularne miejsce do łowienia ryb. No i stąd można dostać się promem (czyli najtaniej) na Kodak Island, miejsca gdzie mieszkają największe niedźwiedzie! Jeśli ktoś widział kiedyś na National Geographic zdjęcie misia łowiącego ryby w rzece albo trzymającego w pysku pstrąga – to to zdjęcie było na 99% właśnie tam zrobione!


Południe Alaski to chyba moja ulubiona część. Bardzo zielona i górzysta. No i tu mieszka na stałe najwięcej ludzi;) Im bardziej na północ, tym coraz mniejsze miejscowości. Krajobraz też jest inny – wciąż górzysty ale występuje już mniej zieleni…
W drodze na północ, do Denali National Park warto zatrzymać się w kilku mniejszych miejscowościach, przez które przejeżdża pociąg. Jedna z nich na pewno jest Talkeetna! To miasteczko żywcem wyjęte z filmu „Przystanek Alaska” z całą jego atmosferą i podejściem mieszkańców do życia. Talkeetna jest znana również z tego, że stąd wyrusza większość ekspedycji górskich na Mc.Kinley (albo jak zwą ją miejscowi – góra Denali), która znajduje się w parku Denali. Samą górę można już podziwiać z Talkeetny, o ile widoczność pozwoli ;)) Niestety, z tą bywa różnie i nie warto wierzyć jakimkolwiek prognozom pogody. Po prostu, albo się trafi albo nie. Pod tym względem miałam dużo szczęścia!


Poza malowniczymi domkami i niesamowicie przyjazną atmosferą, Talkeetna ma do zaoferowania najlepszy z dotychczas przeze mnie odwiedzonych hosteli (a była ich masa!) – International Backpackers Hostel. Kto nie odwiedzi ten nie zrozumie o czym mówię…. Mnie Talkeetna zauroczyła potwornie, tak więc w niej samej i okolicach spędziłam chyba z 5 dni!

W samym parku Denali można by co najmniej tydzień spędzić. Jednak żeby udało się nocować na najlepszych kampingach (np. nad Wonderlake pod samą Mc. Kinley) miejsca trzeba rezerwować wcześniej (można przez telefon płacąc kartą kredytową). Dla odważnych jest też opcja ubiegania się o licencję na back country backpacking, czyli pozwolenie na nocowanie „na dziko” w wybranym sektorze parku. Tylko w wybranym, bo łatwiej będzie jakby co kogoś odnaleźć plus w sektorach gdzie chwilowo jest więcej zwierząt nie można nocować;)) Ze względu na liczbę misi i wilków, ja się nie odważyłam…. Ale kamping naprawdę jest super, bo też ma ograniczoną liczbę miejsc (nad Wonderlake mają tylko 24 miejsca!).

Fairbanks natomiast to najbrzydsze i najbardziej ponure miasto jakie odwiedziłam na Alasce!! Szkoda czasu zostawać tam dłużej! Dla mnie była to baza wypadowa na północ – (warto przekroczyć koło biegunowe i zobaczyć jak bezludna i różna od pozostałej części stanu jest północ). Tam też można pochodzić po górach i odnaleźć prześliczne górskie jeziora. A co najważniejsze, to właśnie na północy znajdują się miasteczka zamieszkałe przez rdzenną ludność Eskimosów. Jednak żeby tam dłużej zostać i campingować należy zabrać ze sobą SPORO prowiantu – na północy nie jest łatwo o jakiekolwiek zaopatrzenie!
No cóż, jak dobrze pójdzie, to gdzieś w połowie marca znowu zawitam na Alasce. Tym razem będzie to wypad wyłącznie snowboardowy!

środa, 29 kwietnia 2009

Europejskie stolice

Berlin

Muszę niestety zacząć od tego, że 3 dni na zwiedzenie całego Berlina to zdecydowanie za mało. Fakt, wszystkie najpopularniejsze (czytaj: wskazane w przewodnikach „Top 10”) obiekty można zobaczyć nawet w jeden dzień. Jednak zobaczenie tego, co najciekawsze, czyli schowanych przed okiem turystów uliczek z ogromną liczbą małych galerii, kafejek, targów ulicznych, miejsc jazzowych – to wyprawa na minimum 7 dni ;) Ja niestety miałam tylko te 3 pierwszomajowe dni...

Niezależnie od długości pobytu, polecam:

1) rowerową wycieczkę z przewodnikiem po mieście (trwa ok. 2,5 godziny i można w tym czasie zobaczyć tzw. minimum turystyczne); my wybraliśmy się z „neweurope” – ruszają codziennie o godz. 11 i 14 z rogu Oranienburgerstr. i Tucholskystr.
2) spacer po Tiergarten;
3) East Side Gallery okok Warschauer Str. gdzie są najciekawsze pozostałości muru berlińskiego oraz sztuczne plaże;
4) obiad w małej włoskiej restauracyjce koło stacji Warschauer Str. – na Libauer Str. oraz drinki kilka przecznic dalej na Simmon-Dach Str. (w szczególności warto zajrzeć do knajpki o nazwie DK – świetny wystrój!); w okolicy jest również masa małych prywatnych galerii z alternatywną sztuką;
5) wyjście na piwo obok stacji Warschauer Str. – idąc wzdłuż Revaler Str. dotrze się do miejsca o nazwie Cassiopeia (kilka knajpek mieści się pośród ruin starej fabryki, naprawdę wyjątkowe wrażenie!);
6) w niedzielę trzeba koniecznie zajrzeć do Mauerpark, jest tam ogromne targowisko i ciekawe sklepiki.

środa, 15 kwietnia 2009

Hong Kong (październik 2008)

Jeśli chodzi o moją wyprawę do Hong Kongu, to różniła się ona od innych podróży tym….. że została przeze mnie odbyta w ramach szkolenia. Z tego też powodu cała podróż nie wymagała ode mnie zbyt wielu przygotowań (tj. zarówno o bilet jak i rezerwację hotelu zadbał mój pracodawca). Pomimo wszystko, jako że większość czasu spędziłam prywatnie na zwiedzaniu Hong Kongu oraz okolicznych wysp (a nie na szkoleniu) to umieszczam ten opis wśród innych na moim blogu.

Do Hong Kongu wybraliśmy się w czwórkę - ja oraz moich trzech kolegów z pracy (ze względu na powagę wykonywanego przez nich zawodu, obiecałam nie wymieniać tym razem imion:). Lecieliśmy z Warszawy przez Helsinki, gdzie czekał nas pierwszy postój. Ponieważ trwał on aż 5 godzin, to demokratycznie postanowiliśmy spędzić ten czas w nieco ciekawszym miejscu niż hala odlotów – wybór padł na ‘the oak barrel pub’.

Sam lot do Hong Kongu trwał niecałe 10 godzin, które w dużej części przespałam (tak skończył się dla mnie nasz pobyt w dębowej beczce). Moi koledzy byli nieco bardziej wytrwali i postanowili nie marnować 10 godzin lotu – dlatego zaadoptowali tylną część samolotu jako mini bar (co im się nawet na kilka godzin udało, do momentu nadejścia stewardes, które uznały, że chłopcy zużyli za dużo cytryn do swoich drinków).

Przylecieliśmy nad ranem miejscowego czasu, więc od razu ruszyliśmy na miasto (przez co rozumiem centralną część wyspy Hong Kong). Nasz hotel znajdował się niedaleko centrum, więc zwiedzanie zaplanowaliśmy na pieszo. Cała wyspa Hong Kong (a więc również central district) jest niesamowicie górzysta. Trochę nas to martwiło, głównie ze względu na czekającą nas w drodze powrotnej wspinaczkę. Ale tu spotkało nas bardzo miłe zaskoczenie – Hong Kong to nie Polska, więc mieszkańcom wyspy ułatwiono życie poprzez umieszczenie gigantycznych ruchomych schodów, które zabierają mieszkańców centralnej części do wyżej położonych domów (hoteli). Schody działają w określonych godzinach, mniej więcej od 8 rano do północy. Co więcej, rano schody prowadzą w dół do centrum, od południa zaś zmieniają bieg i jadą w górę. To było jedno z naszych najciekawszych odkryć (no i nie ukrywam że bardzo przydatne, gdyż oszczędzało nam dziennie około 30 min na wspinaczkę do naszego hotelu).

Kolejnym odkryciem był brak jakichkolwiek kafejek internetowych w Hong Kongu!!! Nie ukrywam, że głównym inicjatorem poszukiwań miejsca z komputerem i płatnym Internetem byłam właśnie ja. Na marne – po naszych pytaniach o kafejki internetowe zarówno sprzedawcy w okolicznych sklepach jak i obsługa naszego hotelu kiwali przecząco głowami (nie wspomnę że ze zdziwieniem). A zdziwieni mogli być, gdyż cały Hong Kong (a przynajmniej wyspa) objęty jest bezprzewodowym Internetem! Wystarczy wyjść na ulicę ze swoim komputerem i się połączyć (pomijając fakt, że w hotelu też można). Alternatywnie, mieszkańcy wyspy sprawdzają pocztę na swoich telefonach (nieco lepsze modele od tych, jakie widać u nas na ulicy). Ponieważ my nie zabraliśmy ze sobą komputerów, ostatecznie udało mi się sprawdzić pocztę dopiero na komputerze miejscowej siłowni (udostępnionym dla czekających na swoje zajęcia; pomimo że w nich nie uczestniczyłam to przez kolejne dni już tylko tam biegałam sprawdzić szybko maila).

Kolejnym zabawnym odkryciem był brak chodników w centralnej części miasta (przynajmniej takich chodników, do jakich my – Polacy przywykliśmy:). Przejścia dla pieszych szły zazwyczaj wzdłuż ulic, jednak nad ziemią, i przechodziły przez wszystkie kolejne centra handlowe (których naprawdę jest wiele!).
Pogoda w październiku jest wciąż letnia, jednak wilgotność jest dużo większa. Dlatego też po całodniowym chodzeniu po różnych dzielnicach byliśmy cali mokrzy. Jednocześnie, wszystkie zamknięte pomieszczenia (tj. hotele, biura, restauracje, nawet taxi są mocno klimatyzowane – stąd wszyscy wróciliśmy przeziębieni).

Centralna dzielnica to miejsce w którym mieszczą się wszystkie znane ze zdjęć i programów TV wieżowce. Są wybudowane tak blisko siebie, że nie przepuszczają na dół promieni słońca (pewnie z powodu tak wielkiego zagęszczenia budynków chodniki idą właśnie górą). W tej części miasta najczęściej można spotkać obcokrajowców (ex patów wysłanych na kontrakt do Hong Kongu), stąd też łatwo porozumieć się w sklepach i barach po angielsku. Dodatkowo, w centrum (nieprzypadkowo zapewne tuż obok najdłuższych na świecie schodów ruchomych) mieściła się dzielnica, o znanej nam skąd inąd nazwie SOHO. Nazwa dzielnicy nas nie zawiodła – to właśnie tam znajduje się największa liczba miejscowych oraz prowadzonych przez obcokrajowców barów i pubów. Tam też wychodzą na drinka wszyscy expaci i turyści. Naprawdę oryginalne miejsce – polecam. My w każdym razie niemal każdy wieczór kończyliśmy właśnie w Soho (najczęściej w małym, ulicznym barze, serwującym makaron i zimne, chińskie piwo). Nasz ulubiony uliczny bar znajdował się na głównej ulicy więc trudno go przegapić, a prowadzony jest przez przyjezdnego Nepalczyka – to właśnie dzięki niemu wiedzieliśmy co warto w Hong Kongu zobaczyć i gdzie pójść. Tam też odbyliśmy wiele ciekawych (i bardzo pouczających - zwłaszcza dla mnie!) rozmów. Tematów jednak na publicznym blogu nie wymienię…. No i poznaliśmy człowieka odpowiedzialnego za światowy kryzys finansowy hahaha (czyli niemieckiego maklera, który przez pół nocy przepraszał wszystkich za to, do czego on i jego koledzy doprowadzili…). To właśnie w Soho pozostawiliśmy większość $$ jakie ze sobą przywieźliśmy (niestety, jeśli chodzi o ceny tzw. napojów „wyskokowych” to są one w Hong Kongu naprawdę wysokie…. cena drinków waha się od 50 do 75 HK$!)

W kolejnym dniu wybraliśmy się na kontynent, do dzielnicy Kowloon. To właśnie tam zgodnie ze wskazówkami Lonely Planet miały znajdować się sklepy z tanim sprzętem elektronicznym. Niestety, sprzęt ten nie był jednak taki tani…. Dodatkowo w przypadku sprzętu za niższą cenę sprzedawca nie chciał wydać gwarancji (co budziło nasz niepokój, czy aby sprzęt ten jest na pewno oryginalny). Ostatecznie nic nie kupiliśmy:(

Promenada po stronie Kowloon (Tsim Sha Tsui East Promenade) to też najlepsze miejsce do obejrzenia zachwalanej przez wszystkie przewodniki symfonii świateł. Polega ona na tym, że wieczorem 20 najwyższych budynków w centralnej części wyspy zostaje podświetlonych i uruchamiane są lasery świetlne na ich dachach. Pokaz świateł trwa około 20min. Pomimo, że nie jest to nic specjalnego, to uważam że każdy powinien się na taki pokaz wybrać przynajmniej raz.

W dalszej części naszego pobytu zdążyliśmy jeszcze pojechać do Macau (teren dawnej kolonii portugalskiej, zwrócony Chinom w 1999 r.). Macau jest zupełnie inne niż Hong Kong – brak tu nowoczesnych wieżowców. Dla odmiany całe pokryte jest niską, kolonialną zabudową. Przechodząc ulicami można uwierzyć, że jest się gdzieś indziej, np. w Portugalii lub Hiszpanii. Jedynie targi uliczne i wystawiona na nich żywność przypominają, że jesteśmy w Azji. Obecnie Macau zwane jest azjatyckim las Vegas, gdyż wszyscy przyjeżdżają tam w jednym celu – dla gry w kasynach. My z tej przyjemności jednak zrezygnowaliśmy (wszyscy tego dnia odczuwali ogromną potrzebę snu).

W ostatni dzień przed szkoleniem wybraliśmy się jeszcze na pobliską wyspę Lantau. To był naprawdę dobry pomysł, żeby uciec na chwilę z gwarnego i zatłoczonego Hong Kongu…. Na wyspie mogliśmy zobaczyć m.in. buddyjską świątynię oraz gigantyczny wizerunek buddy. Na wyspę można dostać się zarówno łodzią (a właściwie promem) bądź też metrem! Tak, tu metro jest niesamowicie rozbudowane i dochodzi wszędzie. Do tego mapki komunikacyjne są bardzo przejrzyste i łatwo się nim poruszać.

Po 5 dniach zwiedzania ciężko było nam się przestawić na tryb całodniowego szkolenia. Jednak i tu mieliśmy dużo szczęścia, bo zajęcia były prowadzone w najwyższym budynku na wyspie, więc z okien rozciągał się naprawdę wyjątkowy widok!

Po tygodniu, trzeba było jednak wracać do Warszawy…

środa, 8 kwietnia 2009

Podróż do Peru i Ekwadoru (wrzesień 2008)

Kilka miesięcy temu ja, Kasia oraz mój przyjaciel Todd postanowiliśmy wybrać się do Peru. Ponieważ ja i Kasia mogłyśmy na naszą podróż poświęcić cztery tygodnie, ustaliłyśmy że z Peru przedostaniemy się jeszcze do Ekwadoru i ostatecznie do Europy będziemy wracać z Quito (stolicy Ekwadoru). Todd opuścił nas wcześniej, zaraz po objechaniu południowej części Peru.

Ponieważ zależało nam aby nasza podróż zmieściła się w zaplanowanym przez nas budżecie (około 6.000 zł), wylot z Europy zaplanowałyśmy z Hiszpanii (a dokładnie z Madrytu) kolumbijskimi liniami lotniczymi – Avianca. Generalnie podróż upłynęła nam bardzo miło na oglądaniu filmów (pod tym względem Avianca nie odstaje od innych linii lotniczych). Dopiero po wylądowaniu w Bogocie (w Kolumbii) zaniepokoił nas mały incydent – silnik naszego samolotu zgasł i pilot nie mógł go na nowo uruchomić aby podjechać bliżej hali przylotów…. Ostatecznie jednak wszystko dobrze się skończyło i po krótkim transferze w Bogocie doleciałyśmy do Limy, stolicy Peru. Tam czekał na nas już Todd, który doleciał do nas ze Stanów.

W pierwszej kolejności postanowiliśmy zwiedzić południową, najbardziej turystyczną część Peru, zaczynając od Cuzco - starożytnego miasta Inków. Aby oszczędzić na czasie, zdecydowaliśmy się na podróż samolotem (z Limy do Cuzco można dojechać również autokarem, ale wtedy podróż trwa około 24h zamiast 2h; długa podróż ma jednak swoje plusy, gdyż wtedy lepiej przebiega aklimatyzacja do dużych wysokości i uniknie się krwawienia z nosa). Nasz pierwotny samolot przegapiliśmy, gdyż nie zauważyliśmy że numer naszego gate’u zmienił się na tablicy lotów (to ponoć często ma miejsce, więc lepiej stać do końca pod tablicą). Całe szczęście samoloty do Cuzco latają prawie co godzinę! Bilety lepiej jednak nabyć wcześniej (np. na http://www.lan.com/), gdyż jak to zwykle bywa, im bliżej wylotu tym drożej. My nabyliśmy je jeszcze przed wylotem z Europy.


Po wylądowaniu udaliśmy się do hostelu (wybór z listy przewodnika Lonely Planet) a potem na zwiedzanie miasta. To naprawdę przeurocze miejsce, z wąskimi brukowanymi uliczkami, malowniczymi domkami oraz ruinami inkaskich zabudowań. We wrześniu nie ma tam aż tak wielu turystów, więc pokoi w hostelach nie trzeba wcześniej rezerwować – wystarczy się zjawić. Ważna informacja – w Cuzco (i co do zasady na całym południu) większość obsługi hosteli i restauracji mówi (łamaną) angielszczyzną, więc nie należy się obawiać, że bez znajomości hiszpańskiego nie da się podróżować na własną rękę (ja jestem przykładem tego, że się da).

Do innych atrakcji jakie na nas czekały w Cuzco należy dodać strajk spowodowany wysokimi cenami paliwa (ale strajki w Ameryce Południowej to prawie codzienność – obserwowaliśmy je również w innych regionach). Polecam też spróbowanie właśnie tutaj specjału kuchni peruwiańskiej – pieczonej świnki morskiej. Można znaleźć miejsca w których danie to można zamówić w całkiem przystępnej cenie (około 35 soli). Niestety, danie to smakuje dokładnie tak jak wygląda – nie za dobrze (świnka podawana jest w jednym kawałku i jest ozdobiona kilkoma liśćmi sałaty). Jedynie Kasi udało się zjeść całość; ja i Todd zrezygnowaliśmy po kilku kęsach. Wyrzuty sumienia spowodowane opowieściami Kasi o jej śwince morskiej z dzieciństwa – Rambo, musieliśmy utopić w kieliszku lokalnej specjalności, Cuzco Souer.

W dalszej kolejności chcieliśmy pojechać do Machu Picchu. Aby uniknąć tłumów turystów, którzy najczęściej jadą tam porannym pociągiem z Cuzco (5 godzin jazdy, pociąg dojeżdża na miejsce koło południa), w wieczór poprzedzający nasz wypad do Machu Picchu udaliśmy się do małej miejscowości Ollantaytambo (koło dworca autobusowego znaleźliśmy kierowcę busika, który zgodził się nas tam zabrać za 75soli, czyli po 25 na głowę). Zabraliśmy ze sobą rzeczy tylko na jeden dzień, duże plecaki przechowaliśmy w naszym hostelu w Cuzco. W Ollantaytambo również znajdują się (nieco mniej znane) inkaskie ruiny, które warto zwiedzić. Stamtąd następnego dnia ok. 6 rano ruszyliśmy pociągiem do Machu Picchu (bilety na pociąg nabyliśmy jednak wcześniej w Cuzco – w dwie strony to cena około 130 US$, cena zależy od klasy pociągu jednak najtańszych biletów dla backpackerów jest naprawdę mało i lepiej się spieszyć z ich zakupem). Na miejscu byliśmy koło 9, więc było w miarę bezludnie. Co tu dużo mówić, to starożytne miasto Inków jest tak piękne (albo i nawet piękniejsze) jak na wszystkich publikowanych zdjęciach!

Z Machu Picchu wracaliśmy już bezpośrednio do Cuzco. Pociągi powrotne odjeżdżają koło 16 – 17 godziny. Warto jednak przed odjazdem pociągu zwiedzić targ koło stacji kolejowej. Pomimo iż to najbardziej turystyczne miejsce w Peru, pamiątki na tym targu są tańsze niż w innych regionach kraju.

Po powrocie do Cuzco, oczarowani tym miejscem spędziliśmy tam jeszcze jeden dzień. W tym czasie zwiedziliśmy katedrę na placu de Armas (naprawdę polecam z audio-przewodnikiem!) oraz kilka wymienionych w Lonely Planet muzeów. Dopiero na noc kolejnego dnia ruszyliśmy autokarem do Puno.


Jeśli chodzi o transport w Peru, to zdecydowanie wygrywają połączenia autokarowe. Są tanie (od 5US$ do 30US$ w autokarach klasy de Lux) i bardzo rozwinięte. W centrum każdego miasta znajduje się dworzec autokarowy a na nim spora liczba firm przewoźniczych. Sprzedawcy biletów przekrzykują się w ofercie połączeń i oferowanych cen. Tym którzy wolą jazdę w czystości i bez co kilkuminutowych przystanków w celu zabrania nowych pasażerów / wpuszczenia do autokaru sprzedawców warzyw, owoców, i wszystkiego innego co da się sprzedaż – polecam wybór połączeń oznaczonych nazwą „VIP”, „de Lux”, „Gold”, itp. Połączenia te są nieco droższe ale naprawdę dużo bardziej komfortowe (m.in. autokary firmy Cruz del Sur). Należy również pamiętać o konieczności płacenia podatku w wysokości około 1 US$ przy wyjeździe z każdego miasta.

A wracając do naszej podróży… Miasto Puno nie należy do najciekawszych, ale to właśnie stamtąd można udać się łodzią na nieodległe wyspy na jeziorze Tititaca. Wszystkie łodzie wypływają bardzo wcześnie więc lepiej nie zaspać! Informacje na ten temat są jednak zawsze dostępne w hostelach. My popłynęliśmy jedynie na wyspę Taquile.

W drodze powrotnej do Puno popłynęliśmy zobaczyć słynne pływające wyspy trzcinowe oraz miasteczka na nich zbudowane (wciąż uważam że to właśnie te wyspy trzcinowe były najciekawszą rzeczą jaką podczas naszej podróży zobaczyliśmy). Niestety jak do nich dopłynęliśmy rozpadało się na dobre… więc była to dosyć krótka wizyta.
Z Puno autobusem pojechaliśmy do miasta Arequipa. To miasto położone jest pośrodku gór; otaczają je pokryte śniegiem wierzchołki górskie oraz wulkan. Stąd wrażenie, że miasto jest nieco odseparowane. To chyba moje ulubione miasto w Peru. Niesamowicie barwne. No i te widoki… Warto wykorzystać położenie Arequipy i wybrać się na rafting (my właśnie tak zrobiliśmy – skala trudności dochodzi do 4 stopnia). W Arequipie też zjadłam najlepsze w życiu steki, m.in. z lamy i ze strusia (niestety nazwy restauracji nie pamiętam…). Poza tym wielu obcokrajowców przyjeżdża tam na kursy języka hiszpańskiego, więc chyba warto w przyszłości o tym pomyśleć.

Z Arequipy autobusem pojechaliśmy na pustynię Nazca. W samym miasteczku nie ma za bardzo co robić, ale kurs małym samolotem nad pustynią w celu obejrzenia zagadkowych rysunków – obowiązkowy! Taki kurs samolotem to koszt rzędu około 115 US$ (plus podatek na lotnisku, chyba 25US$). Po odbyciu lotu od razu udaliśmy się na dworzec autobusowy żeby kontynuować naszą podróż do Limy. Tam opuścił nas Todd, który musiał wracać do Stanów. My z Kasią zostałyśmy w Limie 3 dni, i to zdecydowanie za mało na prawdziwe poznanie tego miejsca. Nasz wybór hostelu Flying Dog to był strzał w dziesiątkę – naprawdę poznałyśmy cudownych ludzi, z którymi prze kolejne dni zwiedzałyśmy miasto, udałyśmy się na przepysznego królika no i byłyśmy na koncercie jazzowym (dlatego warto nawiązać kontakt z ludźmi pracującymi w hostelu – oni zawsze wiedzą co i gdzie jest grane;)

Sama Lima jest naprawdę różnorodna. Najbardziej turystyczna część (w której też się zatrzymałyśmy) to Miraflores. Ale warto wyjść poza tę dzielnicę, np. do centralnej Limy (nieco mniej bezpieczna, stąd nie należy się dziwić stałej obecności wojskowych czołgów w mieście oraz dużej liczbie policji). To właśnie w centralnej Limie znajduje się większość zabytkowych kościołów oraz najciekawsze muzea. W Limie widziałyśmy kolejnych strajkujących – tym razem przeciwko rządzącym politykom.
Z Limy udałyśmy się już same na północ, w kierunku Trujillo. Miasto ciekawe, ale wystarczy spędzić w nim jeden dzień. Nasi znajomi z Limy polecili nam, abyśmy zamiast nocować w Trujillo udały się na wieczór to małej wioski rybackiej – Huanchaco, oddalonej kilkanaście kilometrów od Trujillo. Tam zatrzymałyśmy się w poleconym hostelu NayLamp. Był to kolejny strzał w dziesiątkę! Huanchaco tak nam się spodobało, że zostałyśmy tam przez kolejne 4 dni, zwiedzając okoliczne ruiny miasta Chan Chan oraz Huacas del Sol y de la Luna (piramidy słońca i księżyca) dojeżdżając do nich lokalnymi autobusami (wciąż zastanawiam się czy zrobione mi komórką zdjęcie w jednym z takich autobusików trafiło do lokalnej prasy). Poza tym zaczęłyśmy uczyć się surfingu (z miernym powodzeniem ale przynajmniej było zabawnie). Jedyne czego żałuję, to że nie wypłynęłyśmy na jednej z typowych peruwiańskich łodzi (całej z trzciny!) na połów ryb… Miejscowi rybacy chętnie zabierają ze sobą turystów (za małą opłatą), ale my każdego ranka szłyśmy na lekcję surfingu (tu muszę polecić małą, lokalną szkółkę „Munik”).

Zdążyłyśmy się zadomowić i poznać masę miejscowych osób a tu trzeba było ruszać dalej, do granicy peruwiańsko – ekwadorskiej. Granicę przekroczyłyśmy w mieście Tumbes. Punkt graniczny natomiast mieści się parędziesiąt km dalej, na środku pustyni! Dopiero na tym etapie pożałowałyśmy słabej znajomości języka hiszpańskiego (tzn. słabej u Kasi, bo moja znajomość jest zerowa). W skrócie – dałyśmy się naciągnąć miejscowym, którzy wmówili nam, że autobus złapiemy dopiero za granicą a nie przed i w związku z tym oni pomogą nam przekroczyć granicę i dowiozą nas na dworzec autobusowy po stronie ekwadorskiej. Oczywiście nie za darmo. Echhhh… szkoda gadać! Mamy nauczkę na przyszłość. Jak już dotarłyśmy do dworca kolejowego, to ruszyłyśmy w stronę największego miasta Ekwadoru – Guayaquil. Tam mieszkał mój znajomy Jose wraz z żoną, u którego mogłyśmy się zatrzymać na kolejne dwa dni. Guayaquil to miasto portowe, naprawdę ciekawe (i bogate w odróżnieniu od innych ekwadorskich miast). Co ciekawe, niewielu turystów tu dojeżdża. Z tego też powodu budziłyśmy zainteresowanie wielu mieszkańców Guayaquil. Będąc już na miejscu koniecznie trzeba przejść się wzdłuż wybrzeża po promenadzie Malecon 2000, wstąpić do parku w centrum miasta, w którym można zobaczyć stado (!) iguan, oraz wspiąć się po ponad 400 schodach do latarni morskiej, z której można podziwiać panoramę miasta. Obok latarni znajduje się również bardzo malowniczy kościółek.


Z Guayaquil udałyśmy się do małego miasteczka Cuanca, które przypominało nieco swoją zabudową znane nam już Cuzco. Tam natknęłyśmy się na kolejnych strajkujących, tym jednak razem nie udało nam się ustalić powodu strajku. Miasteczko to jest naprawdę małe więc spędziłyśmy tam tylko jeden dzień spacerując brukowanymi uliczkami, podziwiając malownicze kamieniczki oraz liczne kościoły.

Kolejnym etapem naszej podróży było miasteczko Banos. Miasteczko to leży w górach i słynie z licznych atrakcji czekających na turystów. Banos jest stałym elementem na trasie backpackerów podróżujących po Ekwadorze, więc i my też zatrzymałyśmy się w nim na dwa dni (w hostelu Hospedaje Santa Cruz). W trakcie pobytu wypożyczyłyśmy rowery aby zwiedzić okolicę, a w szczególności liczne w tym regionie wodospady. Jak się okazało trasa z miasteczka w stronę dżungli w większości była z górki tak więc problemy zaczęłyśmy mieć dopiero w momencie planowania powrotu. Tu na szczęście nie zawiedli przyjaźni Ekwadorczycy, którzy podwieźli nas i nasze wypożyczone rowery na bagażniku swojego pick’upa mając z nas niezły ubaw! Wieczorem wybrałyśmy się również z większą ekipą na oglądanie okolicznego wulkanu. Niestety, zła widoczność nie pozwoliła nam nic dojrzeć. Z tego też powodu z ekipą „wulkaniczną” udałyśmy się na piwo i „Bob Marley’s” shots.

Z Banos pojechałyśmy już prosto do Quito, stolicy Ekwadoru. Miasto to zasadniczo dzieli się na dwie części: starą, zabytkową część (tzw. Old Town) gdzie można zwiedzić liczne kościoły, place, itp. oraz nową część (tzw. New Town) gdzie mieszczą się nowe (w europejskim stylu) knajpki, restauracyjki no i kluby nocne. Dzięki znajomemu Jose - Juanowi poznałyśmy najciekawsze miejsca obu części Quito. Niestety, w Quito mogłyśmy zostać już tylko dwa dni. Stamtąd był nasz wylot do Bogoty oraz – później - Madrytu.